Dzień zaczął się w Poznaniu, w naszej „bazie głównej” na ulicy Mącznej. Milena zajęta była załatwianiem formalności na uczelni, a ja dopinałem ostatnie sprawy w pracy i w domu. Mila wróciła do domu szybciej i zupełnie niespodziewanie rzuciła „Jedźmy dzisiaj”. Jaki w zasadzie był problem? Otóż okazało się, że autobus z Przemyśla do Suczawy (o którym dowiedzieliśmy się z relacji ludzi którzy byli na podobnej wyprawie w Rumunii w 2003 roku) odjeżdża jedynie w piątki (o 16:30). Czyli – nie dość, że był wtorek, to jeszcze tak naprawdę nie mieliśmy nic załatwione. Mój świeżo kupiony plecak z kwitkiem gwarancyjnym przemierzał Polskę, ubezpieczenie było tylko dostępnym potencjałem, nie mieliśmy załatwionego nikogo, kto by popodlewał nam kwiatki, psychicznie nie byliśmy (Mila pewnie dodałaby, że tylko ja) gotowi. Jednak mimo moich oporów i narzekań załatwiliśmy wszystko jeszcze tego dnia i wieczorem byliśmy gotowi do wyjazdu.
Wsiedliśmy w słynny najdłużej jadący pociąg w Polsce, czyli Świnoujście-Przemyśl przez Poznań, Wrocław, Katowice, Kraków, Tarnów i Rzeszów. Jechaliśmy w przedziale z dwoma bardzo śmiesznymi dresami, z których jeden zajmował półtora miejsca (bynajmniej nie ze względu na ilość masy mięśniowej). Chyba zrobiliśmy na min dobre wrażenie – na odchodne powiedział nam „cześć”. W Przemyślu byliśmy ok. 12 dnia następnego.
Rumunia 2007
Idea naszej wyprawy do Rumunii wzięła się z kilku źródeł. Pierwszym i zapewne najważniejszym było porzucenie przeze mnie planów emigracyjnych. Planowałem bowiem, wzorem miliona moich rodaków, porzucić „ten kraj malowany zbożem rozmaitem” i udać się do ojczyzny Szekspira, by tam, za zacne pieniądze, zajmować się jakimś wielce odpowiedzialnym zadaniem, jak na przykład: zbieranie truskawek, albo (marzenie każdego polaka) pracą „na zmywaku”. Z różnych powodów, których zawiłością nie będę zanudzał czytelnika, stwierdziłem, że „praca na saksach szkodzi na maksa” i postanowiłem nie jechać. W związku z tym zostawał mi i mojej lubej jeszcze cały miesiąc wakacji.
Kolejny powód to nasze poprzednie doświadczenia z wyprawami. Jak zapewne większość z czytelników pamięta, dwa lata temu podróżowaliśmy autostopem przez Europę zachodnią – w tym roku chcieliśmy doświadczyć, „dotknąć” krajów które były ongiś w taki czy inny sposób powiązane z ZSRR.
Wyprawa rozpoczęła się w zasadzie późnym wieczorem 4 września, a zakończyła – również późnym wieczorem, 23 września 2007 roku.
Nasza relacja jest raczej zbiorem swobodnych impresji na temat odwiedzanych przez nas miejsc, niż przewodnikiem architektonicznym. Jeżeli chodzi o zwiedzane przez nas budowle - jeżeli nie napisaliśmy nic w relacji oznacza to, że nie mamy do dodania nic, ponad to, co napisano w naszym przewodniku (Rumunia - Mozaika w żywych kolorach, Wydawnictwo Bezdroża 2004).
