Rumunia 2007

Idea naszej wyprawy do Rumunii wzięła się z kilku źródeł. Pierwszym i zapewne najważniejszym było porzucenie przeze mnie planów emigracyjnych. Planowałem bowiem, wzorem miliona moich rodaków, porzucić „ten kraj malowany zbożem rozmaitem” i udać się do ojczyzny Szekspira, by tam, za zacne pieniądze, zajmować się jakimś wielce odpowiedzialnym zadaniem, jak na przykład: zbieranie truskawek, albo (marzenie każdego polaka) pracą „na zmywaku”. Z różnych powodów, których zawiłością nie będę zanudzał czytelnika, stwierdziłem, że „praca na saksach szkodzi na maksa” i postanowiłem nie jechać. W związku z tym zostawał mi i mojej lubej jeszcze cały miesiąc wakacji.

Kolejny powód to nasze poprzednie doświadczenia z wyprawami. Jak zapewne większość z czytelników pamięta, dwa lata temu podróżowaliśmy autostopem przez Europę zachodnią – w tym roku chcieliśmy doświadczyć, „dotknąć” krajów które były ongiś w taki czy inny sposób powiązane z ZSRR.

Wyprawa rozpoczęła się w zasadzie późnym wieczorem 4 września, a zakończyła – również późnym wieczorem, 23 września 2007 roku.

Nasza relacja jest raczej zbiorem swobodnych impresji na temat odwiedzanych przez nas miejsc, niż przewodnikiem architektonicznym. Jeżeli chodzi o zwiedzane przez nas budowle - jeżeli nie napisaliśmy nic w relacji oznacza to, że nie mamy do dodania nic, ponad to, co napisano w naszym przewodniku (Rumunia - Mozaika w żywych kolorach, Wydawnictwo Bezdroża 2004).

czwartek, 6 września 2007

Lwów

Miasto ludzi którzy na coś czekają

Jeszcze poprzedniego dnia, gdy zmierzaliśmy na piechotę do hotelu uderzyło nas zjawisko w Polsce niespotykane. Na brzegach chodników, przy samej ulicy, co rusz spotykaliśmy ludzi którzy czekali. Stali tak, zapatrzeni na ulicę, intensywnie na nią patrząc i wypatrując. Niektórzy czekając przykucali, inni palili papierosy, jeszcze inni nie robili nic poza samym czekaniem. Co jakiś czas machali, na początku nie wiedzieliśmy na co, po bardziej wnikliwych obserwacjach okazało się, że na środki komunikacji miejskiej (których w Lwowie od wyboru do koloru – autobusy, trolejbusy, tramwaje, taksówki).

Na osobny akapit zasługują reklamówki trzymane przez czekających, zresztą nie tylko przez nich. Ktoś kiedyś powiedział, że na Ukrainie jest tak jak u nas tylko, że piętnaście lat temu. No i faktycznie, dobrze pamiętam taki czas kiedy wszyscy chodzili z dużymi kolorowymi reklamówkami, na których pyszniły się owoce (zazwyczaj z gatunków raczej w Polsce niedostępnych), bielizna damska, lub logo jakiejś egzotycznej marki (np. Hugo Boss, lub Versace). U nas etap reklamówek się skończył, wierni plastikowi towarzysze zostali zastąpieni różnej maści plecakami, skórzanymi torbami, albo po prostu nędznymi torebkami z supermarketów. Na Ukrainie (w każdym razie – w Lwowie) reklamówki dalej są podstawowym sposobem przenoszenia dobytku. Co więcej, niektóre reklamówki mają chyba większą moc niż inne. Przynajmniej tak można by wnioskować gdyby brać pod uwagę częstotliwość pojawiania się niektórych z nich. Ewidentnie najpotężniejszą torbą, jest taka na której wielkimi literami umieszczono logo Hugo Bossa, można ją nawet kupić w kiosku. Z pewnością podnosi też status potężna reklama Adidasa, czy też Pumy, zdarzają się także, wspomniane wcześniej reklamówki „owocowe”, ozdobione pysznymi kiściami winogron, słodkimi owocami mango, albo po prostu bananami (oczywiście - Chiquita).

Lwów jako miasto zrobił na nas wrażenie dobre. Częściowo też dlatego, że było to pierwsze miasto które „zwiedzaliśmy” (czyli – włączyliśmy specjalny tryb postrzegania zwany „zwiedzaniem”), podobało nam się bardzo. Architektura to „coś pomiędzy Krakowem a Wrocławiem”, dużo polskich śladów, zarówno w budowlach jak i w tematyce pomników. Potem (podobnie zresztą jak na poprzedniej wyprawie), miasta nam się przejadły, znudziły. Jak zobaczysz kilkanaście miast europejskich w swoim życiu, to tak jakbyś widział wszystkie.

Kuriozalna wydała nam się ilość aptek i księgarni. W zasadzie na każdej ulicy gdzie było miejsce na sklep, można było kupić aspirynę. Księgarni było tylko odrobinę mniej.

Zakochałem się w „Kafje-Barach”. Są to małe knajpki, czyste i zadbane (w większości), w których można napić się kawy… oraz wódki. Zazwyczaj są to lokale zorganizowane jak połączenie baru mlecznego z barem „nie mlecznym” (czyli - takim w którym można nabyć alkohol). Pierwszy który odwiedziliśmy właśnie tak wyglądał. Wąska lada oddzielała przestrzeń zajmowaną przez klientów od kuchni i regału z wyeksponowanym wyborem alkoholu (głównie wódki i koniaki, ale również piwa i wina – a wszystko to nieprzyzwoicie tanie). Na ladzie leżą talerze, a na talerzach… zakąski, bo chyba tak by to należało nazwać, choć obfitość tych dań była jak dla nas iście obiadowa. Na eksponowane frykasy składały się różnej maści kotlety, zrazy, dewolaje, zestawy surówkowe (solidnie przyprawione). Utkwiła mi w pamięci scenka, którą (w mniej plastycznej oprawie) widzieliśmy w naszym pierwszym „kafe-barze”:

Dwóch mężczyzn siedzi przy stoliku. Obaj są co najmniej po pięćdziesiątce, obaj ubrani normalnie, schludnie, jeden z nich ma marynarkę (w kalpie sierp i młot, oraz czerwone literki CCCP) i koszulę, drugi niczym się nie wyróżnia. Zaczynają o czymś rozmawiać, rozmowa toczy się dość spokojnie, nawet serdecznie. Zamawiają zestaw surówek i ćwiartkę wódki. Ubrana na różowo kelnerka, która za pomocą solarium próbuję odjąć sobie lat (a ma ich koło 40) przynosi im całe zamówienie. Dwaj mężczyźni, doprawiając surówkę za pomocą stojącego na stole zestawu przypraw (pieprz, sól, oliwa, przyprawa do zup), nadają nowe znaczenie słowu: „ostry”. Cały czas suto polewając wódkę czystą. Gdy kończy im się surówka, zamawiają dwa kotlety i jeden z nich (ten bez marynarki) wyjmuje z torby drugą „ćwiartkę” (pierwsza już się skończyła). Kontynuują picie, cały czas rozmawiając.

Ludzi takich jak Ci dwaj, przychodziło do „kafe-baru” cała masa. Byli w różnym wieku i różnej płci, wszyscy pili alkohol. Dlaczego mnie to dziwi? Przecież od dawna wiemy że „na wschodzie to dużo się pije”. Cóż, nie da się temu zaprzeczyć, jednakże „pice” „picu” nierówne. We Lwowie picie alkoholu (wódki lub koniaku) do obiadu, jest czymś normalnym, podczas gdy w Polsce gdy ktoś w czasie przerwy obiadowej w pracy popija alkohol, nazywa się go alkoholikiem i wywala z pracy. Nawiasem mówiąc, wielu z gości „kafe-barów” zaraz po posiłku wsiada do samochodu i prowadzi. Podejrzewam, że takie podejście do alkoholu powoduje, że jego wpływ na człowieka nie jest tak silny. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Różnice między polską a Ukrainą widać prawie na każdym kroku. Jednym z wymiarów tej różnicy jest ubiór. Od jakiegoś czasu u nas ludzie ubierają się dość „firmowo”, a nawet jeśli nie w same znane marki to w ubrania nowe. W Lwowie widzieliśmy wielu ludzi w widocznie używanych (wręcz - zużytych) ubraniach, odziedziczonych po przodkach. Wydaje się, że oznaką statusu jest noszenie firmowego dresu, chociaż noszą go ludzie tak różni, że można podejrzewać, że na Ukrainie nie kojarzy się to od razu z tym co u nas.

Silnie zarysowane są różnice majątkowe, co pięknie widać na przykładzie samochodów. Z jednej strony mamy naprawdę dużą ilość różnego rodzaju „terenówek”, a z drugiej – kilkudziesięcioletnie graty, przy prawie całkowitym braku stanu pośredniego. Odnoszę wrażenie, że w Polsce jest dokładnie na odwrót, to znaczy stan pośredni zdecydowanie dominuje.

Po całodziennym zwiedzaniu miasta wróciliśmy do hotelu.

środa, 5 września 2007

Przemyśl - Lwów

Wymęczeni, (Mila wypoczęta, bo kosztem nie protestujących podróżnych ułożyła się do snu w poprzek) dojechaliśmy do Przemyśla chwilę przed południem. Nie zdążyliśmy nawet rozprostować kości, a już zostaliśmy zaczepieni przez pana taksówkarza, który wyrażał chęć zawiezienia nas do Lwowa… Ponieważ życzył sobie za dużo kasy, oczywiście jak na nasz skromny budżety, odmówiliśmy mu i zrobiwszy zakupy, ruszyliśmy na poszukiwanie lepszej okazji. Już wcześniej upatrzyliśmy sobie prawie całkowicie rozwalony autobus, którego kierowca mocno zaciągał z ukraińska (nic dziwnego, okazał się być przedstawicielem tego narodu). Za jedyne dwadzieścia złotych i odrobinę niewygody (już do środka autobusu byliśmy zapędzani przez postawną Ukrainkę, która wpychała do tylniej części pojazdu swój towar, bliżej nie znanej nam proweniencji, zapakowany w miliony kartonów, opakowań, reklamówek i innych toreb kolorowych). Towarzystwo w autobusie międzynarodowe – Ukraińcy, w różnym wieku, Polacy w różnym wieku plus dwie Irlandki z przewodnikiem Lonley Planet [Chyba najbardziej znana seria przewodników na świecie. Póki co nie ma polskich edycji] w garści

Do Lwowa dojechaliśmy po mniej więcej, trzech godzinach. Jedyne co przydarzyło nam się po drodze to ciekawy incydent na granicy – funkcjonariuszka ukraińskiej Służby Granicznej postanowiła zakwestionować moje zdjęcie w paszporcie (zrobione ok. 8 klasy podstawówki). W związku z tym zażądała mojego dowodu osobistego i przepytała z treści („Ile masz lat?”, „Jak matce na imię?”).

To, że jesteśmy w innym kraju dało się zauważyć nie tylko dzięki budce pograniczników. Ze strefy całkowicie zagospodarowanych przestrzeni rolnej wjechaliśmy w obszar nieużytków, ciągnących się czasami przez kilkanaście kilometrów (mimo widocznych tu i ówdzie domostw). Niewielkimi wyjątkami były nieduże skrawki zaoranych pól, porozrzucane po olbrzymiej przestrzeni nieużytków, jak niewielkie kokardki smoliście czarnej ziemi… W oczy (żeby nie powiedzieć – w tyłek) rzucały się także Ukraińskie drogi. No cóż, każdy Polak narzekający na stan naszych dróg, powinien odwiedzić Ukrainę, by poprawić sobie nastrój. Główna droga z Przemyśla do Lwowa, którą teoretycznie za kilka lat będą jeździć spragnieni sportowych rozkoszy kibice piłkarscy, byłą dziurawa jak szwajcarski ser i miejscami pozbawiona malunków, mających rozdzielić pasy ruchu.

Lwów było nam dane poznać od strony dość nieciekawej. Autobus przyjechał na dworzec, znajdujący się na rogatkach miasta. Był to brzydki, brudny budynek z betonu, otoczony równie brzydkimi i betonowymi blokowiskami. Mili przypomniała się poprzednia wizyta w Lwowie kiedy na gęstych trawnikach pasły się jeszcze kozy. Teraz kóz nie było, ale z łatwością można było je sobie tam wyobrazić. W zasadzie nie powinno mnie to dziwić, jakieś dziesięć lat temu na rogatkach bydgoskiego Szwederowa, zwanych dziś Biedaszkowem, nikomu nie wadziły radośnie pasące się krowy.

Na Ukrainie trwała akurat kampania wyborcza. Wybierali Ukraińcy swoich najlepszych do parlamentu. Wybór był trochę szerszy niż to zazwyczaj prezentuje się w Polsce – tzn. poza Janukowyczem i Julią Tymoszenko, dość mocno promował się niejaki Litwin. Hasło wyborcze Bloku Litwina brzmiało „Krajowi potrzebny jest Litwin”, jakby nie mieli dość Ukraińców

Do hotelu „Lwów” („L’viv”), w którym przyszło nam spędzić następne dwie noce dostaliśmy się dzięki wskazówce polaka w jednym z biur turystycznych licznie porastających ulice Lwowa. Był to betonowy klocek przy jednej z głównych ulic miasta w „ścisłym centrum”. Było tam dość drogo (jak na Ukraińskie standardy), za to w miarę czysto, z ciepłą wodą i wieloma udogodnieniami (wśród których największym był kapiący kran, ale nie należy zapominać o dwóch ekstrawagancko ułożonych kieliszkach do wódki i popielniczce). Właśnie w hotelu popełniłem błąd który już kilka dni później miałem popełnić po raz drugi. Wśród asortymentu dawanego domyślnie klientom hotelu był też przedmiot który początkowo wziąłem za kołdrę. Był takiego samego rozmiaru jak łóżko i trochę miękki trochę twardy. „Co kraj to obyczaj.” – pomyślałem wkładając TO w poszewkę i próbowałem się ową konstrukcją nakryć. Szybko zrezygnowałem, głównie ze względu na czystość, ale także niewygodę. Bezpiecznie położyliśmy się spać pod śpiworami.

wtorek, 4 września 2007

Poznań – pociąg do Przemyśla

Dzień zaczął się w Poznaniu, w naszej „bazie głównej” na ulicy Mącznej. Milena zajęta była załatwianiem formalności na uczelni, a ja dopinałem ostatnie sprawy w pracy i w domu. Mila wróciła do domu szybciej i zupełnie niespodziewanie rzuciła „Jedźmy dzisiaj”. Jaki w zasadzie był problem? Otóż okazało się, że autobus z Przemyśla do Suczawy (o którym dowiedzieliśmy się z relacji ludzi którzy byli na podobnej wyprawie w Rumunii w 2003 roku) odjeżdża jedynie w piątki (o 16:30). Czyli – nie dość, że był wtorek, to jeszcze tak naprawdę nie mieliśmy nic załatwione. Mój świeżo kupiony plecak z kwitkiem gwarancyjnym przemierzał Polskę, ubezpieczenie było tylko dostępnym potencjałem, nie mieliśmy załatwionego nikogo, kto by popodlewał nam kwiatki, psychicznie nie byliśmy (Mila pewnie dodałaby, że tylko ja) gotowi. Jednak mimo moich oporów i narzekań załatwiliśmy wszystko jeszcze tego dnia i wieczorem byliśmy gotowi do wyjazdu.

Wsiedliśmy w słynny najdłużej jadący pociąg w Polsce, czyli Świnoujście-Przemyśl przez Poznań, Wrocław, Katowice, Kraków, Tarnów i Rzeszów. Jechaliśmy w przedziale z dwoma bardzo śmiesznymi dresami, z których jeden zajmował półtora miejsca (bynajmniej nie ze względu na ilość masy mięśniowej). Chyba zrobiliśmy na min dobre wrażenie – na odchodne powiedział nam „cześć”. W Przemyślu byliśmy ok. 12 dnia następnego.